Czytam, myślę, znowu czytam

„To jest Ales” | Jon Fosse

Czy tylko Tomasz Terlikowski? Przy trzeciej i czwartej książce zaczęły pojawiać się coraz śmielsze głosy, że nie da się tego czytać, że nudny, że odrzuca, myślę, dlaczego czytam w takim razie Fossego, czy musi być jakiś powód, dla którego czytam kolejną jego książkę?

Nie musi, ale kilka powodów dałoby się znaleźć. Być może z czytaniem „To jest Ales” jest jak z okładką, którą po raz kolejny sensownie wysmażył ArtRage, z tym szaro-srebrnym kształtem (domu czy okna?), który oglądany pod różnymi kątami, o różnych porach, w różnym świetle, mieni się (albo nie, albo jest tylko ciemna przestrzeń, jeśli brakuje światła). Kształt pozostaje ten sam, nawet jeśli się zmienia?

Od razu zaznaczę, że nie będzie żadnego wprowadzania w fabułę, bo „to samo” uznaję za znacznie mniej interesujące od tego, co jest „inne” albo „to samo i inne”. Dla tych, którzy takich protez potrzebują, podrzucam poniżej Latarnię, doświetlenie punktów podparcia, a nie że tylko ciemność, czarność albo białość i nużąca nieokreśloność.

Powód pierwszy

Napięcie między tym, co mówione, wypowiadane a tym, co myślane („pomyślane” już niekoniecznie, bo tryb dokonany ma się nijak do niekończących się ciągów powtórzeń, znoszących się konstatacji, skojarzeń i wspomnień, urwanych wątków, obrazów, które w tym konkretnym tekście chwilami wydają się napływać spoza jednostkowej świadomości.) Różnice między formą dialogową (uzewnętrznianą) a monologową (uwewnętrznioną) są nie do przeoczenia, obie też przyczyniają się w podobnym stopniu do znużenia czytelnika. 

Dialogi są maksymalnie uproszczone, niepracujące ani na podtrzymanie uwagi, ani na rozwijanie fabuły (jakiej fabuły?!), można by powiedzieć nieliterackie, jakby pozbawione funkcji wspierających czytelnicze oczekiwania i przyzwyczajenia. Nudne? 

„To jest Ales”, Jon Fosse

Głosy wewnętrzne z kolei przynoszą pogubienie, splątanie, wymagają wyjątkowo napiętej uwagi czytelniczej, równocześnie nie przynoszą gratyfikacji za wysiłek. Jako czytelnicy stajemy wobec wysoce nieatrakcyjnych myśli bohaterów Fossego. Nieatrakcyjnych w sensie pomijających czytelnicze chcenia – aby myśli prowadziły dokądś, dawały możliwość odbicia od własnych? Do konkluzji lub błyskotliwego ujęcia? Do jaśniej sformułowanych niepokojów, abyśmy mogli je gładko przyłożyć do własnych? Do bardziej wprost, łatwiejszej ścieżki utożsamienia, do tego, co zazwyczaj kojarzymy z lekturową przyjemnością. Nie chodzi o przyjemności wynikające z łatwej lektury – chodzi o ten rodzaj czytelniczego odczucia, do którego jesteśmy przyzwyczajeni, kiedy wydaje nam się, że czytanie nas ubogaca, kiedy bierzemy pomyślane, przemyślane przez kogoś (autora?) za własne.

A tu, Fosse i lipa. Myśli szare jak szare pole. Czasami jakiś przebłysk, jakieś pytanie o sens (ale rzadko, bez rozwinięcia, jakby rzucone ot, bez odpowiedzi):

Pozostaje zapytać  – po co?

Ciekawe tropy znajdujemy w poprzednich książkach Fossego:

[…] nie ma siły malować tych najgorszych, to za bardzo boli, one jakby ciągną go i szarpią całego, to taki ból.

„Ja to ktoś inny”, Jon Fosse

Albo mówienie zamiast – Asle rozmawiający z Asleikiem, w „Ja to ktoś inny”. Asle, który mówi coś, żeby nie powiedzieć czegoś innego, co musi pozostać do wewnętrznej.

Wracając do „To ja Ales”, w listach Aslego do Signe z okresu, gdy się poznawali, czytamy:

Poddanie języka, jego zdolności komunikowania rzeczy istotnych na zewnątrz, światu, dotyka nie tylko postaci książek Fossego, znajduje również odzwierciedlenie w stylu, formie powieści. Równocześnie, nie potrafiłabym jednak stwierdzić z kategorycznością, że jest to jedynie o niewydolności słów, trochę też o przywracaniu języka, słów rzeczom, o takie poddanie języka, dzięki któremu zbliża się on do tego, co dyskretne, mniejsze, na granicy ciszy. Jakby mógł (język) istnieć poza człowiekiem, jego intencją, jego nieumiejętnościami, jakby mógł przylegać ściślej do rzeczy.

(przy okazji – Asle lubi małe słowa i swoją małą łódź, dokąd zmierzasz Fosse?)

Albo:

„To jest Ales”, Jon Fosse

I nie będzie żadnej konstatacji. Pauza.

Powód 2 

Pochwała prostoty? Serio?!

Przy okazji przemów na cześć noblisty padały sformułowania typu „pochwała prostoty, codzienności” (nie pamiętam dokładnie). Serio? Chyba że wydłubać z potocznie przyswojonej Franciszkowej prostoty ptaszki, kwiatki i skupić się na dziurach, pustce po nich. Pogrzebmy w nich chwilę.

Rzeczywiście pobrzmiewa w tym pisaniu opór wobec postaw gloryfikujących indywidualizm, narzucających się zewsząd emanacji „własnych” na świat poglądów, coraz to wymyślniejszych sposobów na masowanie „ja”. Indywidua Fossego są. (Opór, ale chyba nie fantazja, żeby zagonić nas do szczęśliwej wspólnotowości, może zresztą opór nie jest właściwym słowem. Od-mowa? Od-mowa jest bliżej tego napięcia między niewypowiadanym na głos a niecichnącym tumultem wewnętrznym ). Udręczone sobą, innymi, pozostawione same sobie, pogubione, niezdolne się skomunikować, nie tylko z innymi, ale i ze sobą. Nie różnią się od nas. Nie aż tak bardzo. Gdzieś pod spodem, pod językiem kotłują się również nasze niemożności:

[…] a on nie odpowiada, a ona myśli, że on dzisiaj znów wypłynie na Fiord

[…] ona tego nie rozumie, myśli, trzeba sobie powiedzieć wprost, myśli, że to dla niej niezrozumiałe, no i gdyby on wypływał na Fiord tylko od czasu do czasu, żeby łowić ryby albo może zastawić sieci czy coś […] czy on nie chce być z nią? to dlatego chce stale wypływać na Fiord? myśli, no bo jaki mógłby być inny powód? i czy on się ostatnio nie zmienił? rzadko bywa wesoły, prawie nigdy, i taki jest nieśmiały, nie chce widzieć ludzi, wycofuje się […] no i co też się z nim dzieje? myśli

[…] i Signe widzi jego dłoń nad klamką, jakby lekkie wahanie, zatrzymanie, czy powinna w takim razie coś powiedzieć? czy może on powinien? Ale żadne się nie odzywa i w końcu Asle naciska klamkę

O czym próbuje nam Fosse nie opowiedzieć? O tej pojedynczości, trwającej w ograniczonym czasie, przeżywającej to swoje jedno doświadczenie życia, z tym samym wciąż sposobem reagowania na nie – spiętym z charakterem, temperamentem, momentem historycznym, w który jest wrzucona, z wrodzonym, z przekazanym z pokolenia na pokolenie, nabytym i wyuczonym? O całym tym wysiłku, znoju przy próbach wychodzenia poza? Że jest po nic? Bo tylko replikujemy? Siebie? Innych? Kristoffer, Olav, Asle, Asle, Ales, Brita, Signe. Niby na różne sposoby, ale wciąż z tym samym efektem? Co miałoby być poza?

Powód trzeci

Ja, które widzę, jest podobne do mnie? Czy ja to ktoś inny? Kto?

To też powracający motyw. Bohaterowie Fossego dysocjują. Pewnie ma to co nieco wspólnego z doświadczeniem samego autora, z pogranicza śmierci, o którym wspominał w wywiadach, które przetworzone wraca na kartach powieści – w „Ja to ktoś inny” Asle i przecięta tętnica nadgarstka), ale też – biorąc pod uwagę choćby „Białość” (nie tylko) – z doświadczeniem mistycznym. 

W „To jest Ales” najprościej byłoby stwierdzić, że rozszczepienie jest efektem traumy towarzyszącej utracie, śmierci bliskiej osoby, ale najprościej, jak już stało wyżej, nie jest prosto. Nakładanie się historii Signe, stojącej w oknie, stojącej w oknie prababki Brity, jak się możemy domyślać stojących w oknie Matki i Babci Aslego – powtarzalność gestu – rozpoznawanie w nim siebie, to kolejna warstwa i kolejne fragmenty jakiejś całości, która nie daje się łatwo poskładać.

Asle, który ginie na morzu i Dziadek, którego nigdy nie poznał, po którym dostał imię, który zmarł też w listopadzie, tyle że 1897 r.: 

Trzyma teraz na rękach? Teraz? 

Powód czwarty. 

Pętla utraty. Nie da się z niej wydostać ani sensownie opisać – ci, którzy doświadczyli, może zrozumieją. Tyle. Mamy koniec listopada, wtorek, 1979 r., wciąż. 

Powodów jest więcej. 

Odkryj więcej z Szare Pole

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej