
Pierwsza klasa, plakatówki „Astra”. Zmieszajcie żółtą i niebieską, mówiła pani. Zmieszajcie żółtą i czerwoną. Czerwoną i niebieską. Patrzcie, co się stanie. I rzeczywiście, na naszych oczach brudnożółty zamieniał się w brudnozielony.
Zachęceni sukcesem, próbowaliśmy czegoś bardziej spektakularnego. Logicznie biorąc, więcej farb powinno dać lepszy efekt, więc dorzucaliśmy wszystko, co było pod ręką. Niestety. Niezależnie od kolejności mieszania i użytych składników, na końcu zawsze otrzymywaliśmy ciemną maź i wkrótce klasa tonęła w szarym błocie. Strugi ściekały z ławek na podłogę. Przemoczone kartki zwijały się w rulony.
A potem dzwonili na przerwę.
– W przyszłym tygodniu przynieście kredki – wzdychała pani.
Płynął z tego morał kolorystyczny: szarość to suma wszystkich podjętych decyzji. Na skali barw zajmuje miejsce „i tak wszystko jedno” („wyjdzie na to samo”).
Szarość jest beznadziejna i bezpieczna. Zapewnia, że na nic nie mamy wpływu. Kolory niosą ryzyko, w ich świecie jesteśmy jak więzień po długim wyroku, wolni i niedostosowani.
Jak przestałem kochać design | Marcin Wicha | wydawnictwo Karakter
