Czytam, myślę, znowu czytam

„Dziecko na głowie króla” | Rafał Wawrzyńczyk

Instrument, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Jakie mamy miejsca, jakie ślady? Jakie punkty oparcia? Zacznijmy od najprostszych, możliwych do zidentyfikowania, odnalezienia na mapach, w głowie, w historii muzyki, malarstwa, w historii jako takiej: 

  • miejsca: Brwinów, Warszawa, Tomaszów Mazowiecki, Kraków, Sulejówek, okolice Szreniawy, Radomsko. Jędrzejów, Piotrków Trybunalski, Małe Groty, Duży Potok, Smardzewice;
  • filozofowie, pisarze, poeci: Sokrates, Herder, Christian Wolff, Rousseau, Sartre, Czechow, Herling-Grudziński, Iwaszkiewicz, Czycz, Gombrowicz, Andrzejewski, Bolesław Prus, Verne, Ożogowska, Nałkowska, Benn, Goethe, Schlegel, Rilke, Mandelsztam, Różewicz, Konopnicka, Alfred Szklarski (domyślnie – bo mamy Tomka Wilmowskiego bohatera serii książkowej); 
  • postaci współczesnego światka literackiego: Kęder, Bielicki, Rudnicki, Paweł Śmiałek;
  • postaci świata muzyki: Schubert, Cyprian de Rore, Chopin, Lachenmann, Froberger, Clérambault, Byrd (ale bawi mnie myśl, że wsadził tu jednak amerykańskiego lotnika a nie kompozytora i organistę), Paganini, Neil Young; 
  • malarze, rzeźbiarze, interaktywni instalatorzy – Delacroix, Dürer, Anto, Rodczenko, Lorrain, Poussin, Janek Simon;
  • osobny być może: Kieślowski;
  • postaci z grubego palca: Hitler, Bóg, Chrystus, Piłat, Apollo i tak dalej, i tak dalej.

Nie mam ambicji wyczerpania tej listy (poza wyraźnymi wskazaniami istnieją w tym tomie mniej oczywiste nawiązania), chodzi raczej o skalę. O to, co rozpycha te wiersze od środka, co współtworzy pierwszą, najbardziej wierzchnią, szeroką, a jakże, panoramę, na tle której jeszcze bardziej dojmująca jest znikomość głosu prowadzącego nas przez te wiersze.

Jak paproch, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Na przestrzeni tomu porozsiewane zostało więcej takich „umniejszeń”, „nieistotności”, „rozmazań”, na przykład: „pyłek”, „plamki, cętki”, „cień/cienie”, „kopczyki powietrza”.

Mimo że autor pomieścił całą plejadę postaci, nie wydaje się, żeby chodziło o byle jaką – bo odsłoniętą, jawnie prezentowaną – protezę intelektualną, ejakulację erudycji, popis czy intencjonalnie konstruowany szkielet punktów, na których miałyby się rozpinać znaczenia rozumiane jako zapożyczone przesłanie czy konstytuujące rzeczywistość tych tekstów odpowiedzi dla czytającego. Miałby ten intelektualny sztafaż premiować tomik w rankingach, miałby dodawać mu, rozdymać dodatkowo foremkę, ach!, sonetu? Jest w tym coś przeciwskutecznego, wymaganie stawiane czytelnikowi, opór wynikający z nieprzystępności.

Podejrzewam autora raczej o to, że – wyposażając wiersze w gadające głowy – upuszczał je z własnej i że musiał mieć świadomość wystawiania czytelnika na zagubienie, na wątpliwość, które – te głosy, gesty, widma – przynoszą jemu samemu. Zresztą lektura innych tekstów Wawrzyńczyka – czy to o muzyce, czy poezji – poświadczałaby raczej, że mamy do czynienia z czymś natywnym, z „naturalnym środowiskiem wewnętrznym”.  Czy wymienione postaci mogą być punktami oparcia? Czy raczej są jak „kibicujący” lub z ulgą rozpoznawane „znajome twarze” na kolejnych stacjach mijanych podczas przemierzania „sennej Golgoty”? 

Na przestrzeni całego tomu pada ponad 120 pytań, licząc jedynie te wprost zakończone znakiem zapytania lub zawierające słowa, które naprowadzają na formę pytającą. Oczywiście niektóre z nich stanowią kontynuację poprzedzających je. Te kaskady 3-5 narastających, kaskadowych pytań, na które kilkukrotnie trafiamy – można uznać za pewien odświeżający poetycką dykcję zabieg, charakterystyczny dla Wawrzyńczyka. Znacznie częściej mamy do czynienia z pytaniem pojedynczym, które ma wybrzmieć i zawiesić. Wawrzyńczyk wydaje się przekraczać ten moment i wrzuca nas w rozpędzony bęben wątpliwości. A przecież nie liczymy tych pytań, które są pochodną poszczególnych wierszy i całego tomiku, tych wobec których jako jego czytelnik stajemy. Ciekawie w tym kontekście wybrzmiewa: 

Ciecz pionowa, ciecz rozlana, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Czy do tego potrzebna była Wawrzyńczykowi forma sonetu? Żeby coś pomieścić lub nie tylko pomieścić, ale wyprowadzić „pionowo”? Przyjrzyjmy się przez moment, co i jak pracuje w tych wierszach w płaszczyźnie poziomej (horyzontalizm) i pionowej (wertykalizm): 

Nagłe otwarcie się, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

*** [Tak, góra potrzebuje…], „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Z ziemi polskiej do jakieś innej, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Czy zróżnicowane źródła (muzyka, literatura, filozofia, malarstwo) mogłyby być czytane w aspekcie horyzontalnym, a ich rozłożenie w czasie, w historii (która w tomie Wawrzyńczyka zajmuje istotne miejsce) w aspekcie wertykalnym? Czy dodatkowo można też odczytywać w tym – wobec całości, wobec pytań, które są stawiane – zadrę metafizyczną? Nie brakuje przecież w tym wierszach przeciwstawienia:

  • tego, co na dole: „w podziemiu”, „ziemia”, „ziemia szara”, „szare pole”, „niskie, ciche kopce”, „płytki bunkier”, „nasz korzeń, nasz radix”, „coś pod nami jest, dawno podziurawione”, „ziemniak”, „bulwa z teczką niech idzie do pracy”,
  • temu, co na górze: sam tytuł „Dziecko na głowie króla”, góry, niebo, chmura, dachy i balkony.

Ale mamy nie tylko przeciwstawienie, mamy też pomiędzy, procesy:

  • ruch w pionie: „deszcz”, „toczymy się gdzieś w dół”, „lewitują”,
  • ruch w poziomie: O, wolno przesuwający się pałac, jakim jesteś”, „byłeś szeroko rozlany”, „nasz cień i tak będą wozić jak po śniegu, od jednej czterolistnej pajęczyny do drugiej”,
  • w obu płaszczyznach:„Pięknie, pięknie, pięknie jest rozprowadzać prasowadła w koronach”, „Überbudka, z której te mniejsze czasem ci się biorą”.

Kilka przykładów w rozszerzeniu, na większych połaciach tekstu:

*** [Tak, góra potrzebuje…], „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Preludium Rzeźbiarze, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Jeśli wbić wici, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Co znaczą te konstrukcje drewniane, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Na tym poprzestanę, to raczej materiał na osobny tekst.

Pozostało jeszcze coś, co wydaje się szczególnie istotnym polekturowym osadem, który wyjściowo określiłabym jako znoszenie się „prawdy” czy może podważanie pewności. Ale właściwie  bardziej pasowałoby ujęcie perpetuum mobile, bez domknięć, form implikujących dokonane – samopodważająca się pewność. Jak inaczej określić ten moment narastania (znaczeń?), który się wytraca, wyhamowuje, rozrzedza i znów narastania, skłębienia? Początkowo słowem, które pojawiło się w mojej głowie w odniesieniu do tej książki – było powściągnięcie, odnalezione w dynamice składni, w tej urywanej gwałtowności, która zostaje wygaszona, zanim się rzeczywiście ujawni, w ponawianych pytaniach, pozornych potwierdzeniach („tak”, Tak tak”).

Ono (powściągnięcie) jednak zakłada intencję, sprawczość, a przecież uważna lektura odsłania też kolejną warstwę, jakieś podglebie, w którym odnajdujemy smutek, rezygnację, niemożność.  Nie są przecież jedynie przejawem celowo wprowadzonej dezynwoltury, nonszalancji językowej co rusz pojawiające się sformułowania, które wprowadzają rozmywanie, nieostrość znaczeń – coś: „coś wypełza spod”, „coś obejrzeć, coś poznać, coś zwiedzić”, jakieś, jakichś: „jakichś tam swoich”,„jakieś doświadczenie”, sformułowania nie-do (nie do końca, nie dość, unieważniające, poddające język): „Czy jak tam to zwałeś”, „czy jak to tam nazwiemy”, „prawie”, „jeśli”, „przykładowo”, „To tylko przykład”. „ I tutaj, na koniec, możesz dać dowolne zupełnie już słowa”.

Ciekawie dzieje się też, jeśli przyjrzeć się temu tomikowi z intencją poszukiwania tego, co metatekstowe, odautorskie. Autorskie „wychylanie się” w tym tomie, np.: „I kawałek mamy otwarty” (Fryzjer), nie pojawia się zbyt często. Być może jednak jego „ślady” dałoby się rozpoznać w rozmyciu podmiotu, w jego nie-do-obecności, która mogłaby być przyczynkiem do wspak czytania, tego, co utajone, co ukryte, choćby poprzez rezygnację z formy pierwszoosobowej na rzecz „my” lub bezosobowej – tu przydałby się pewnie wiersz „Okolice Szreniawy” – wspaniały wywód o mrocznym i ostatecznym singularisie:-). 

Okolice Szreniawy, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Wrócę być może do tego tematu, przy okazji innego wpisu, jeśli czas pozwoli.

Traktat w półśnie, „Dziecko na głowie króla”, Rafał Wawrzyńczyk

Ciągłe rozpychanie sonetu. Jakby żadna reguła nie mogła pomieścić tego, co buzuje pod rozmnożonymi w tym tomiku pytaniami. Z nimi zostaję. Nie mam odpowiedzi ani zgrabnego zdania podsumowującego. „Szanujemy porażkę”.

Może tylko dodam, że z całą pewnością tom Rafała Wawrzyńczyka należy do tych, które warte są ponownej, ponawianej lektury. Powyższy zapis to świadectwo porażki, jedynie początek, zalążek tego, co można by o tych wierszach napisać. 

Zastanawiający jest brak tego tomu wśród nominacji do Nagrody im. Szymborskiej. Pojawiały się ostatnio głosy dotyczące transparentności, jawności wskazań jury, w tym wypadku aż chciałoby się dopytać o powody braku nominacji. 

Dziecko na głowie króla | Rafał Wawrzyńczyk | wydawnictwo J

Odkryj więcej z Szare Pole

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej